Gazeta Wyborcza
Przygotowania do "londyńskiego" sezonu trwają. Pierwszy test/start już w lutym (tradycyjny wyjazd na Kanary, wyspa Lanzarote), gdzie przygotowuje się większość najlepszych zawodników świata - specjalnie dla "Gazety" pisze Arkadiusz Skrzypiński, multimedalista MŚ i kandydat do występu w paraolimpiadzie

W minionym roku byłem jednym z wybrańców losu, bo mogłem ścigać się w tęczowej koszulce mistrza świata, a więc przeszedłem do historii. Musiałem dźwigać ten "ciężar". Teraz jednak już wiem, że wcale mi to nie przeszkadzało. Wiem, że dobrze znoszę presję, że mam ten luz, który jest potrzebny w rywalizacji na najwyższym poziomie. Dlatego wiem, że z Londynu wrócę z medalem!
Wiem, że będę doskonale przygotowany fizycznie przez trenera kadry Tomka Bartosika, że jestem pod okiem fizjoterapeutów, że stosuję odpowiednie suplementy. Wiem, że będę miał doskonały handbike przygotowany specjalnie dla mnie przez niemieckie zakłady Sopur. Wiem, bo zrozumiałem, w jaki sposób szef Team Sopur Errol Marklein spokojnie przez lata prowadził mnie na szczyt (zdradził mi ostatnio wszystkie elementy tej układanki, zobaczył m.in., jak radzę sobie z przeciwnościami). Wiem, ile osób na mnie liczy, i nie spalę się przed startem.
Mam za sobą rok, który może i zakończył się utratą tytułu mistrza świata, ale przyniósł mi kolejne doświadczenia, które zaprocentują w tym rozpoczynającym się.
Zaczynałem na Wyspach Kanaryjskich od testów czegoś, co źle wygląda, ale jest bardzo szybkie. Błysk w głowie i mam handbike, którego rywale nie rozumieją, ale się sprawdza na trasach. Trafiam tam dwa razy na podium. Potem są zwycięstwa w Polsce (Poznań, Kraków), gdzie pojawia się Rafał Wilk, nowy, bardzo dobry zawodnik reprezentujący Start Szczecin. Pojawił się zatem ktoś, kogo nie znam tak doskonale jak Zbyszka Wandachowicza. Ktoś, kto zmusza mnie do ekstremalnego wysiłku w kraju, a zarazem współpracując, zaczyna ze mną tworzyć trzon kadry Polski, która powinna coś znaczyć w świecie.
Pierwszym poważnym testem formy był wielkanocny wyścig we francuskim Rosenau (bardzo płaska i szybka trasa). Sprinterski pokaz przegrywam z Niemcem przez wskazanie z fotokomórki.
Zaczynają się kłopoty organizacyjne w kraju, a ja jako mistrz świata nie wyobrażałem sobie siedzenia w domu, gdy w australijskim Sydney walczy się o punkty UCI, tak potrzebne do olimpijskich kwalifikacji. Dzięki prywatnym sponsorom i pomocy miasta Szczecin udaje mi się tam dolecieć. Niestety, masę energii uciekło przez to w złą stronę i skończyłem fatalnymi dla mnie miejscami - 4. i 9.
Powrót do Europy, kolejne starty we Francji (doczekaliśmy się polskiej drużynowej jazdy i zwycięstwa Rafała Wilka) i we Włoszech (to tam sprawdzaliśmy się przed MŚ).
Czerwiec i lipiec to Puchary Świata. W hiszpańskiej Segovii w jeździe na czas przebita opona i odległe miejsce, a ze startu wspólnego "przestrzelony" finisz i drugie miejsce po bardzo widowiskowym podjeździe na kostce. Przed startami w kanadyjskim Baie-Comeau znów kłopoty organizacyjne (oj, gryzłem się wtedy w język, bardzo gryzłem). Udaje mi się jednak przez parę minut o tym nie myśleć i zdobywam podium w starcie wspólnym i tradycyjne czwarte miejsce w jeździe na czas.
W wakacje wyczerpujące treningi w Wiśle i na szczecińskim torze kolarskim. Przy okazji są mniejsze, ale zwycięstwa w Pucharze Europy na Słowacji, w międzynarodowych mistrzostwach Czech i w kilku imprezach w Polsce.
Wrzesień to przede wszystkim mistrzostwa świata w duńskim Roskilde. Ciągle zbyt dużo na głowie, a w ostatniej chwili dochodzą kłopoty ze sprzętem, a nie mamy już czasu na reakcję. To, co wymyślił trener przed startem do indywidualnej jazdy na czas, powinno przejść do historii, ale jest to tak nieprawdopodobne, że i tak by nikt nie uwierzył. Teraz już wiem, że i na kwadratowych kołach też się mogę ścigać. Które miejsce? Oczywiście, że czwarte.
Na start wspólny o MŚ przyjechały najbliższe mi osoby, przyjaciele. Z zewnątrz wyglądało to na totalną dekoncentrację, ale nie dla mnie, bo czułem się świetnie. Wiedziałem, że jadę walczyć o złoto. I używając najpopularniejszego polskiego słowa "gdyby", to gdyby meta była 10 m bliżej, toby polski hymn zagrali, a tak znów zbyt wcześnie wystrzeliłem do finiszu i zabrakło paru centymetrów do szczęścia, jeden Francuz dał mi radę.
Od tamtej pory w głowie mam już głównie Londyn, czas na popełnianie błędów się skończył. W moim ulubionym Berlin Marathon byłem drugi, a wygrał kolega z teamu. W Heidelbergu byliśmy razem bardzo blisko rekordu świata na dystansie maratonu. W światowym rankingu UCI jestem na trzeciej pozycji.
Po dwóch tygodniach odpoczynku pojechałem do Wisły na pierwsze przygotowawcze zgrupowanie. Dbam o zdrowie, czekam na Londyn.